czwartek, 23 października 2014

Muzealne niespodzianki

Doświadczenia muzealne, raz przyjazne, a raz absurdalne.


Mieliśmy wizytę koleżanek z Kalifornii i Florydy, chcieliśmy im jak najwięcej pokazać, pochwalić się naszym regionem, widokami, architekturą. Ponieważ pogoda spłatała psikusa, więc plany musiały być na bieżąco modyfikowane. Pojechaliśmy do zespołu pałacowo-parkowego w Pszczynie. Oglądanie muzeum, a w szczególności sali lustrzanej znanej z koncertów Telemana, wydawało się dobrym rozwiązaniem na deszcz.

Przed pałacem byliśmy o godzinie 13:45 (to był dzień kiedy muzeum jest otwarte do godziny 15:00, czyli według informacji ostatni zwiedzający mogą wejść do muzeum na godzinę przed zamknięciem).Trzeba trafu, że na moment zaświeciło słońce i nasze koleżanki chciały sobie zrobić zdjęcie od strony stawu. Przy wejściu głównym byliśmy dokładnie o 13:59, ale już było na głucho zamknięte i nikt nie reagował na nasze pukania i nawoływania.



















Następnego dnia było w planie zwiedzanie Auschwitz Birkenau i postanowiliśmy dołączyć do tej trudnej emocjonalnie wycieczki, coś lżejszego, czyli ze względu na bliskość, właśnie Pszczynę. Kłopoty zaczęły się zaraz z rana, okazało się że droga do Oświęcimia jest w przebudowie i już na start mieliśmy godzinę opóźnienia. Ale, że upadanie na duchu nie jest w naszym stylu, więc nie odpuszczaliśmy, co było kosztem obiadu.  Droga oczywiście rozkopana, na szczęście pogoda słoneczna, więc pędziliśmy na trasie Oświęcim- Pszczyna (tego dnia muzeum było otwarte do godziny 17:00, czyli ostatni zwiedzający mogą wejść o godzinie 16:00).



















Pod pałacem byliśmy dokładnie o 15:55. Pamiętając doświadczenie z dnia poprzedniego, rzuciłam się biegiem do drzwi muzeum, koleżanki za mną, przez mostek, dookoła skrzydła pałacowego...... dobiegam...., ledwie dyszę i widzę kobietę, która kompletnie ignoruje moje machania, nawoływania i rzucając mi spojrzenie Bazyliszka zamyka drzwi. 
Na szczęście jacyś turyści właśnie wychodzili i to ich reakcji zawdzięczam te parę sekund zwłoki, które pozwoliły mi wedrzeć się do wnętrza. Zaraz za mną biegła Henia, ja odciągałam drzwi, a ona wpadła i mimo niechęci ze strony obsługi udało jej się kupić cztery bilety. Za Henią biegła Lee i to ona praktycznie stoczyła walkę z” kobietą od drzwi”, udało jej się pokonać waleczną Panią odźwierną pewnie dlatego, że nie rozumie polskiego (na szczęście) i nie zdała sobie sprawy z absurdu tej sytuacji.
Byłam w szoku, nigdy jeszcze nie zdobywałam muzeum szturmem, nie „walczyłam o drzwi”, nie „szarpałam” się z obsługą i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się żeby ktoś tak ostentacyjnie okazywał swoje niezadowolenie w stylu „trzeba było przyjść wcześniej”. Ostatnim etapem tej batalii było wywalczenie wpuszczenia Marka, który dobiegł ostatni, bo parkował samochód, trzeba było przekonywać Panią od drzwi, pokazywać cztery bilety i usprawiedliwiać się, że dojazd był utrudniony.






Było mi przykro, wstyd przed gośćmi, a czary goryczy dopełniło demonstracyjne gaszenie światła 
 jak tylko zbliżyliśmy się do następnej sali.
 Muzeum wspaniałe, tylko jakby trochę nie gościnne.