niedziela, 8 grudnia 2013

Białe małżeństwo

"Białe małżeństwo" Tadeusza Różewicza

Właśnie byliśmy na premierze Białego Małżeństwa w Teatrze Bielskim (uroczy teatr, taka miniaturka krakowskiego "Słowackiego). Sztukę reżyserowała Joanna Zdrada.
Nie wiem co powiedzieć, bardzo oryginalne, nowatorskie podejście do jak by nie było szalenie trudnego tekstu. W latach 70-tych było to gorszące, obrazoburcze przedstawienie o stosunkach w rodzinie, o dojrzewaniu, ciele i zmysłowości. Teraz temat już nie szokuje. Widzimy że seksualność jest obsesją dziadka i ojca, a dramatem matki i Bianki. Nasuwa się wniosek, że w niedobranych pod względem temperamentu związkach powstają chore relacje pomiędzy członkami rodziny i że wypacza to psychikę dzieci.
Przedstawienie odbywało się na prawie pustej scenie, przy minimalnej dekoracji i prawie bez rekwizytów. Szklane ścianki, dźwięki, muzyka, i taneczno-podobne ruchy aktorów symbolizowały to co dzieje się w ich głowach, w ich życiu i w ich patologicznej rodzinie. Symbole były czytelne, a nawet mocne np. świńskie ryje.
Byłam ciekawa jak reżyserka ugryzie ten trudny tekst, poradziła sobie doskonale, niebanalnie, nowocześnie. Był moment kiedy podczas "gwałtu" na piłce do ćwiczeń, zastanawiałam się czy to kogoś nie zgorszy (tak jak w Krakowie scena grana przez Globisza i Segdę), ale nie, na szczęście było to wyważone i nie było niesmaczne. Gra aktorów na doskonałym poziomie.
Wszystko super, tylko nie w moim stylu. Za dużo było tych symbolicznych scen, cały czas musiałam wysilać te moje półtora kilo szarej substancji i do końca nie byłam pewna czy dobrze odczytałam zamysł reżyserki. Jednak jestem tradycjonalistką, wolę jasne przekazy bez eksperymentów, wolę mieć na scenie kanapę, lampę i dialogi bez udziwnień.
Reasumując przedstawienie super, tylko nie dla mnie. Teatr musi poruszyć we nie jakąś strunę, zmusić do myślenia, wzruszyć, dotknąć czegoś ważnego w sposób który do mnie dotrze. Byłam na dwóch takich które będę długo pamiętać, a nawet chętnie pójdę jeszcze raz. Oba w teatrze "Współczesnym" w Warszawie i na obu ludzie o mało sobie rąk nie połamali klaskając (na jednym to mieliśmy miejsca stojące razem z tłumem innych ludzi, ale to nie miało znaczenia).
Nie żałuję, że poszłam na tą sztukę, z pewnością było to interesujące doświadczenie, ale następnym razem wybiorę raczej Fredrę.