piątek, 22 listopada 2013

Babskie wynurzenia, dulszczyzna, nie uchodzi, nie wypada, żyj i daj żyć innym.


                                       Przed koncertem, czyli cieszymy się życiem.

Już mamy za sobą dziewięć babskich "spotkań czwartkowych", wszystkie były ciekawe, inspirujące, edukacyjne i motywujące do działania (każda z nas wytyczyła sobie inny cel nad którym pracowała).
Jednak wczorajsze spotkanie było wyjątkowe. Niektóre uczestniczki się wykruszyły, a pomiędzy tymi co zostały wytworzyła się miła, pełna zaufania atmosfera, sprzyjająca najbardziej intymnym wynurzeniom. To było moje pierwsze takie doświadczenie odkąd przyjechałam na stałe do Polski. Grupa kobiet w różnym wieku, reprezentująca różne zawody, na różnych etapach życia, będąca w różnych konfiguracjach rodzinnych, z diametralnie różnymi doświadczeniami....potrafiła się zintegrować, zrozumieć i znaleźć wspólny język. Szczera rozmowa, wspomnienia, sprawy damsko- męskie i oczywiście przepisy na zdrowe ciasteczka zrobione z otrębów, płatków owsianych, jogurtu, jajek i bakalii (może być dodany serek homogenizowany lub tarte jabłko). Było o słuchaniu naszego wewnętrznego głosu, o intuicji, o tym że często bierzemy coś za pewnik i nie zauważamy szansy, drzwi które otworzyły się na szczęście czy nowe możliwości. Musimy pousuwać mentalne blokady, to wtedy będzie widać, że życie często ma dla nas fajną niespodziankę. No i koniecznie takie decyzje podejmujemy przy kawusi z dodatkiem kardamonu, cynamonu, goździków i imbiru - próbowałam, pycha...sam zapach doprowadza do euforii.


Dulszczyzna, nie wypada, nie uchodzi, co ludzie powiedzą.....

Takie podejście ciągle jeszcze pokutuje w naszym społeczeństwie. Z jednej strony są celebryci, takie "jętki jednodniówki" co to wszystko zrobią żeby zaistnieć w masowej świadomości. Chcą żeby o nich mówiono (nie ważne dobrze, czy źle), pójdą na każdy ekshibicjonizm, wystawią na światło dzienne co tylko się da, przekroczą wszystkie granice przyzwoitości, "brudów" nie lubią prać tylko sprzedawać..... byle być zauważonym w mediach i kolorowych ogłupiaczach.

Z drugiej strony są kobiety, te co to jeszcze nie brzydkie, a już nie głupie, i mimo że nie głupie, to wiele spraw wprawia je w zakłopotanie. Sprawy seksualności np. są tematami tabu, wychowanie seksualne młodzieży kuleje, bo matki nie potrafią szczerze o tym rozmawiać.
Zastanawiam się, obserwuję, pytam i dochodzę do wniosku, że Polki mają kompleks niższości. Pielęgnują w sobie tą dulszczyznę, czują się wygodnie w takim ciepłym smrodku w którym nie wypada mówić o swoich potrzebach, w którym nie ma się ciała, a już na pewno sfer intymnych, za to ma się okno przez które koniecznie trzeba wyszpiegować o której wracają córki sąsiadów i czy się całują pod klatką.
Myślę, że kołtuństwo wysysa się z mlekiem matki. Jak mamusia nie ma żadnych zainteresowań oprócz plotek, jak nie czyta, nie udziela się nigdzie, nie podchodzi z miłością i szacunkiem do tatusia, jak tyranizuje swoim malkontenctwem całą rodzinę, to trudno żeby dzieci wyszły z tej gnuśności obronną ręką. 
Dzisiejsza Dulska ma męża, ale nie ma mężczyzny, jej małżeństwo to kontrakt biznesowy, który musi wyglądać jak uosobienie sukcesu, tam nie ma uczucia, tam są pozory, gra i lukrowana fasada. Dzisiejsza Dulska ma mieszkanko jak z katalogu, ma wypasione samochody w "leasingu", ma dom na wsi i mieszkanko w mieście - wszystko na kredyt i ponad stan. Jeździ, ogląda, bywa...bo trzeba, bo wypada i udaje, że rozumie i że lubi. Dulska ma "biznesy" których nie sposób zweryfikować, boi się panicznie że zabraknie jej na spłatę kredytu, ale kupuje  "markowe" ciuchy i chciałaby jadać w restauracjach. Czyli dulszczyzna to udawanie kogoś lepszego, szpanerstwo i roszczeniowe podejście do życia.

Mimo ogromnego postępu cywilizacyjnego, pokutują w Polkach pewne archaiczne stereotypy, spuścizna naszych matek i babek. Ciągle żyjemy w kołtuńskim zaścianku. Ciasny gorsecik obyczajowości nie pozwala kobietom na podejmowanie decyzji w oparciu o wyłącznie swoje własne chęci i potrzeby. Czyli kobiety boją się odejść z toksycznego, pełnego krzywdy czy przemocy związku, bo co ludzie powiedzą. Jest przyzwolenie społeczne na alkohol i na grubiańskie, wulgarne zachowanie, a nie ma przyzwolenia na przerwanie pasma nieszczęść. Polki boją się plotek, ostracyzmu, odsunięcia się rodziny, braku akceptacji we własnym środowisku. Do tego jeszcze kościół uczy poświęcenia, tego że trzeba nieść swój krzyż, że musi być pełna rodzina, ale nic nie mówi, że może dobrze by było gdyby ta rodzina była szczęśliwa.  No i stąd się biorą te eksplozje odkładanych do lamusa emocji, stąd te makabryczne wiadomości o zbrodniach w "porządnych, katolickich rodzinach".

Takie samo prawo odejścia z sytuacji która uwiera, dołuje, gdzie traktują nas przedmiotowo i roszczeniowo, powinni mieć partnerzy. Ten zaszczuty, niedoceniony, prawie ubezwłasnowolniony "Nibymąż" Dulskiej, też powinien mieć prawo do szczęścia i do odejścia. Tu niestety też jest problem. Polskie prawo stoi po stronie złośliwych szantrap i skazuje biedaczynę na dożywotnie piekiełko, na brak uczucia, na brak seksu, na wieczne niedocenienie, a to w imię kościółkowej przysięgi i ze względu na przedpotopowe prawo rozwodowe. 
Cholera dość, bo jak tak dalej pójdzie to zostanę "syndykiem dulszczyzny", a przecież dulszczyzny i kołtuństwa nie da się wytępić. Jest i będzie, tylko inaczej się wystroi.
Szkoda życia na dywagacje co inni o nas pomyślą, a niech sobie myślą co chcą, to ich sprawa co myślą, nas to nie obchodzi. Szkoda życia na wątpliwości, na poprawność, na bycie "politically correct", mogę być "persona non grata" w zaściankowych towarzystwach, bylebym była szczęśliwa !!!!!