sobota, 2 listopada 2013

Arabskie reminiscencje

Pustynia to wielka niespodzianka. Brzydka i odpychająca, ale też malownicza i fascynująca. Potrafi być groźna, lub monotonna, innym razem jest ciekawa i nieprzenikniona. Zaskakuje zmianą kolorów, w zależności od pory roku i dnia. Wydmy piaskowe przybierają nieprawdopodobne kształty, oazy są kontrastowym kleksem zieleni na palecie różnych odcieni żółtego. Ale najpiękniejsza jest Pustynia wiosną. Zakwita i bardzo się spieszy żeby ukazać się w całej krasie, bo jakby wie, że wraz z mocniejszym słońcem musi pożegnać się z kwiecistą szatą. Właśnie wiosną, pierwszy raz, zobaczyłam Różę Pustyni (Jerychońską) i zachwyciłam się.

W czasie prawie 2 lat w Libii, mieszkałam początkowo w małym Sirte, a  potem w Trypolisie. Podróżowałam na wschód do Bengazi ,Tobruku i Aleksandrii, na zachód aż do Tunisu, ale też w głąb kraju do Sabhy. To były bardzo ciekawe, ale też niebezpieczne podróże. W drodze, żeby się nie rzucać w oczy i dla własnego bezpieczeństwa, udawałam pakistańskiego chłopaka, zawsze miałam spodnie, męską koszulę, ciemne okulary i arabską chustkę zasłaniającą włosy. Jak się wydało, że jestem młodą kobietą, to mój tata dostawał propozycje finansowe, a odmowa i próby tłumaczenia, że nie jestem na sprzedaż nie zawsze odnosiły zamierzony skutek. Z reguły obrażony Arab, który chciał mnie na drugą lub trzecią żonę, bardzo się wkurzał i tata musiał wysłuchać całej litanii, że stary a głupi, bo za taką chudą więcej pieniędzy nie dostanie. Z reguły wyceniano mnie na 30-40 tys. libijskich (niewymienialnych) dinarów, można było za to kupić dobrej klasy Mercedesa, ale tylko w Libii.

Nie jest łatwo Europejce w kraju gdzie kobiety zasłaniają sobie twarze, nie mają żadnych praw (poza kilkoma zawartymi w umowie małżeńskiej), gdzie występuje wielożeństwo, a mały, kilkuletni chłopak pod nieobecność ojca, rządzi matką i siostrami.
Najgorsze, że w wojsku Kadafiego służyły często dzieci wychowane na bezwzględnych oprawców i trzeba było z kamienną twarzą znosić głupie pytania, kontrole na drodze, czy impertynencje takiego po zęby uzbrojonego smarkacza. Na posterunkach gdzie Ci mali degeneraci pełnili "służbę" było mnóstwo okaleczonych zwierząt, ptaków z wydłubanymi oczami które wpadały na ściany, psów z wybitymi kamieniem zębami..... bo w takie okrutne zabawy bawiło się to " smarkate wojsko".

Kobiety arabskie były miłe, serdeczne, ciekawe świata, a nawet tego jakie noszę majtki i stanik. Czasami trudno było wytrzymać jazgot jaki podnosiły w kobiecej części domu, ale można było z nimi potańczyć, pośmiać się, bo cieszyły się ze wszystkiego jak dzieci. Kiedyś z braku pomysłów na wspólne spędzanie czasu, jak już wykorzystałam mój cały zasób słów arabskich, dowiedziałam się, która ma ile lat, ile ma dzieci i czy karmi piersią, postanowiłam nauczyć całe towarzystwo polskich zabaw. Rezultat przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Po godzinie kobiety i dzieci bawiły się w "kosi kosi łapci" w "kółko graniaste" w "jedzie pociąg" i o dziwo pamiętały słowa. Niezłe też było kino, jak podczas zakupów w supermarkiecie podbiegły do mnie zakwefione kobiety i ślicznie po polsku zaczęły " hej hopsa sa, jak ona szybko mknie, hej dalej, dalej do zabawy śpieszmy się"....muszę przyznać, że miały niesamowitą pamięć do języków.

Były też poczęstunki, nie dało się co prawda zjeść oferowanej baraniny z kaszą i warzywami.  Sama świadomość, że to są resztki nie zjedzone przez mężczyzn i że oni w tej misce grzebali brudnymi łapskami, kompletnie odbierała mi apetyt. Na szczęście dostawałam  puszki z sardynkami i mnóstwo pomarańczy. Kobiety uczyły mnie arabskiego, no i bardzo szybko przekonałam się, że dobrze jest przyjaźnić się z arabkami, to było najlepsze zabezpieczenie przed lokalnymi  męskimi szowinistami.

Ludzie Pustyni są bardzo zróżnicowani. Arabowie lubią siedzieć pod palmą, leżeć, rozmawiać o byle czym, snuć marzenia, palić haszysz, spacerować po suku czyli arabskim targu itd...ale pracować, nie lubią. Z reguły pełnili role kierownicze we wszystkich instytucjach, szpitalach, hotelach, tzn. pilnowali pracy najemników z innych krajów.
Wędrowni Beduini,  jeden z ludów berberyjskich, są zupełnie inni niż Arabowie. Spotkałam ich wędrujących przez pustynię, byłam zaproszona do domu (namiotu) na herbatę, siedziałam otoczona mężczyznami, ich dziećmi i żonami. Beduini są pracowici, bardzo honorowi, wojowniczy, dobrze traktują swoje kobiety.  To od nich nauczyłam się, że na upał najlepiej jest się napić gorącej herbaty, gasi pragnienie i poprzez podwyższenie temperatury naszego ciała sprawia że upał jest bardziej znośny. Ciekawe dla mnie, wodolubnej istoty, było to w jaki sposób Beduinki utrzymują taką czystość, ubrania śnieżnobiałe lub błękitno niebieskie, pościel, koce i czyściutkie dzieci, a przecież woda musi być dowożona. Wiem, że dzieci są smarowane olejkami, a potem wystarczy garstka wody żeby zetrzeć nadmiar mokrą szmatką, no i każda kropla wody jest wykorzystana do wymycia czegoś, albo zamoczenia czegoś, a na końcu jeszcze można podlać roślinkę.

Ciekawym doświadczeniem był arabski ślub i wesele. Najpierw była całodzienna wizyta wszystkich zaproszonych kobiet w starej łaźni, podziemne, tajemnicze katakumby z gorącymi źródłami. Wszystkie uczestniczki tej weselnej wyprawy, od najmłodszej do najstarszej musiały być nago, moczyły się w źródłach, śpiewały, myły się nawzajem, chodziły na zmianę do pokoju depilacji (bo zamężna arabka może mieć włosy wyłącznie na głowie), nakładały sobie hennę na włosy, malowały henną oczy i wzory na stopach i dłoniach. Przyznam, że było to doświadczenie z dreszczykiem. Myślałam że się zgubię w kolejnych grotach i korytarzach oświetlonych tylko jakimiś kagankami, że się niechcący przyłączę do towarzystwa z innego wesela (dla mnie wszystkie kobiety wyglądały tam identycznie), a w końcu że mnie złapią i na siłę wymalują wzorki henną.
Wesele trwało cały tydzień, ogromny namiot, same kobiety siedzące na podłodze, słodka herbatka, mnóstwo słodkich ciasteczek, piszczałki, taniec brzucha, prezentacja złotej biżuterii,  bezustanne zmienianie sukni (raczej super bogatych kostiumów) i całe mnóstwo obrzędów z lustrem, ze świecami, z ogniem. Po dwóch dniach miałam już dosyć tych całonocnych pisków, zawodzeń i słodyczy. Marzył mi się korniszon, albo śledzik i koniecznie łóżko, bo w przeciwieństwie do pozostałych uczestniczek wesela, ja w ciągu dnia musiałam pracować jako fizjoterapeuta i bez snu była to tortura. Powiedziałam matce i siostrom panny młodej, że już jutro nie przyjdę, no i się narobiło. Okazało się, że jeżeli przyjęłam zaproszenie na wesele to muszę być obecna codziennie, aż do końca, czyli do nocy poślubnej. Senior rodu zagroził mi, że jak się nie wstawię, to to będzie obraza i będą mnie musieli zastrzelić. Nie wiedziałam czy mówi serio, ale wolałam nie sprawdzać, poza tym przysyłali po mnie samochód.
Potem było śmiesznie, zasypiałam gdzie popadnie, w kuchni, przed namiotem i co jakiś czas byłam podnoszona przez siostry panny młodej, "uruchamiana" na siłę, przeprowadzana przez wszystkie namioty coby mnie goście widzieli i zostawiana gdzieś w kącie do dalszego spania. Pamiętam że ostatniego dnia spałam w jakimś małym pomieszczeniu i przypadkiem stałam się świadkiem uświadamiania panny młodej. Starsze kobiety tłumaczyły dziewczynie jak ma zadowolić seksualnie mężczyznę, nie rozumiałam słów, ale gesty, mimika, figury jakie przybierały, nawet bez znajomości języka były żenujące. Różnice kulturowe, inne wychowanie, tradycje...dla mnie to był szok, tym bardziej, że było to małżeństwo zaaranżowane przez rodziny i dziewczyna jeszcze nie widziała swojego męża.
Największy jednak szok był ostatniego dnia, jak już młodzi się spotkali. Odbyły się jakieś ceremonie przypominające czary, kobiety z rodziny pana młodego zaprowadziły dziewczynę do "łożnicy", przebrały w piękną koronkową koszulkę, otworzyły drzwi dla gości, a potem z chichotem zamknęły. Znowu było nudne siedzenie przy potwornie słodkiej kawie i herbacie, aż do wyjścia pana młodego i zaprezentowania zebranym prześcieradła. Zapanowała ogólna radość, tylko ja byłam zawstydzona i nie wiedziałam co ze sobą zrobić.

Pewnie jeszcze będę wracać do moich arabskich wspomnień, jak znowu mnie coś sprowokuje. Tym razem to była książka: "SEN POD BAOBABEM" -Tadeusza Biedzkiego. Bardzo ładnie wydana, piękne zdjęcia i przede wszystkim świetnie napisane relacje z podróży na czarny ląd.
Polecam, doskonała książka.