środa, 20 listopada 2013

Złota myśl przy porannej kawie


....nie można kupić za żadne pieniądze
Było coś o podróżach, że było by miło, że Marek chciałby mnie gdzieś zabrać. Ja zaoponowałam i zrobiło się tak jakoś smutnawo, a przecież nie chciałam  zrobić mu przykrości. Uważam, że teraz nas nie stać na podróże i że to nie ma najmniejszego znaczenia. Mieszkamy w przepięknym miejscu - prawie kurort, góry i dech zapierające widoki mamy na wyciągnięcie ręki, ogródek malutki ale sympatyczny, sąsiedzi najlepsi na świecie, koncerty w szkole muzycznej na wysokim poziomie i bezpłatnie, jest gdzie pojechać i co zwiedzać w okolicy, ale co najistotniejsze, to jesteśmy razem. I wtedy przyszło mi to do głowy : Tego co my mamy nie można kupić za żadne pieniądze! Czyli pieniądze nie są najważniejsze.
Powiedziałam to głośno i oboje poczuliśmy się lepiej, bo przecież przede wszystkim mamy siebie, po tylu latach w nieudanych związkach, odnaleźliśmy się ponownie. Może tak miało być, może trzeba być w życiu stłamszonym, wgniecionym w glebę, żeby nauczyć się doceniać, żeby się cieszyć każdym słonecznym dniem, każdym wspólnym obiadkiem.

Zakupy w Makro
Byliśmy na zakupach spożywczych, ale też sprawdzić filiżanki, talerzyki, bo już dojrzeliśmy do sprawienia sobie pierwszego wspólnego serwisu.
Między innymi postanowiliśmy sprawdzić co mają w Makro. Było to zabawne doświadczenie. Najpierw, mimo ogromnego napisu, nie mogliśmy tego Makro znaleźć. Nie przyszło nam do głowy, że z jakiegoś powodu, może dla zmylenia przeciwnika, żeby wjechać na parking sklepu, to najpierw trzeba wjechać na stację benzynową, potem na myjkę.
Sam sklep podobał mi się, dobrze zaopatrzony, spory wybór, tylko ja jestem przyzwyczajona, że jak kupuję dużo więcej, to płacę dużo mniej, a tu nic z tego. Poza tym ceny też jakieś takie zakamuflowane, np. na winach są aż trzy. Po kilku uśmiechach i ponawianych pytaniach (oczywiście przymilnym głosikiem), dowiedziałam się, że dla mnie jest ta największa cena, dla tych co mają koncesję środkowa, a ta najniższa to dla nikogo, ale musi być. Acha! no to się wyedukowałam.
Potem chciałam sobie kupić rajstopy. Jedna firma nie miała rozmiarów na opakowaniu, druga miała rozmiary, ale nie było tabeli wzrostu i wagi. Trzecia firma miała i rozmiar i tabelę, ale z jakiegoś powodu wraz ze wzrostem, zwiększała się znacznie talia. Zawołałam Marka, żeby pomógł gamoniowi dobrać rajstopy, bo już mam jedne takie, co zjeżdżają i chyba trzeba je na szelkach nosić. Marek, człowiek szkolony w różnych dziedzinach, olej w łepetynie ma, podejście techniczne również, więc oglądał, porównywał, kombinował i nic mu się nie zgadzało. No trudno, kupię gdzie indziej, albo będę chodzić w spodniach.
Potem był dział z serami i rozpaprany na podłodze twaróg. Oczywiście ja wtarabaniłam się w ten twaróg, poślizgnęłam, upaprałam i na to wyszła pani z obsługi. Miałam nadzieję, że przeprosi i zaoferuje papier do wytarcia butów, ależ skąd, odwróciła głowę, udała że nie widzi. I tak miałam szczęście, bo mogła mnie opieprzyć, że nie patrzę pod nogi.
Następnie była poirytowana Pani kasjerka, bo sporo artykułów trzeba było odłożyć. Przyjęliśmy to ze stoickim spokojem. Ja już nie miałam siły pytać dlaczego jedne produkty są na sztuki, a inne, bardzo podobne, trzeba kupić całe pudełko. Nigdzie nie było żadnego napisu, ani wyjaśnienia.
Doszłam do wniosku, że wolę stragany, targ i małe sklepiki, gdzie ludzie ze sobą rozmawiają, doradzają, uśmiechają się, a Pani z działu bielizny to nawet mnie zmierzy w pasie.


Książki ostatnio przeczytane

TRUMAN CAPOTE - "Śniadanie u Tiffany'ego"
Zwariowana dziewczyna umiejąca sobie zorganizować beztroskie życie na koszt adoratorów, początkujący pisarz i rodzące się między nimi uczucie.
Widziałam kiedyś film z Audrey Hepburn oparty na kanwie tej książki i pod tym samym tytułem, czyli fabuła była mi znana. Zaczęłam czytać ze względu na miejsce akcji. Holly pokazuje Nowy York z lat 40 tych, ja znam to samo miasto z lat 80 tych. "Big apple" należy do tych ciekawych miejsc gdzie zmieniają się ludzie, moda, samochody, ale atmosfera jest niezmienna. To zlepek kultur, moloch tętniący życiem 24 godziny na dobę, to miasto kontrastów, jest tu bogactwo, zabawa, ale też bieda, dramaty i tragedie, jest okrucieństwo, rywalizacja ale są też odruchy serca i bezinteresowność.
Holly poszukuje szczęścia, a jednocześnie boi się stabilizacji, uporządkowanego życia, urządzonego mieszkania, woli być "w podróży" i nie nadawać kotu imienia. Marzy o śniadaniu w największym sklepie jubilerskim, bo to kojarzy jej się z bogactwem i bezpieczeństwem, zostaje wmanewrowana w aferę narkotykową i znowu jest "w podróży".
Najbardziej lubię te puste strony a końcu, ja je wykorzystałam i napisałam własne zakończenie.