poniedziałek, 11 listopada 2013

Sentymentalna podróż. Pierwszy Pocałunek. Marzenia się spełniły po wielu, wielu latach.

Nie często los daje nam drugą szansę, ale jeżeli da, to trzeba ją brać i nie pytać dlaczego!
I trzeba się cieszyć z każdego dnia, celebrować każdą minutę i delektować się szczęściem!!!

To była wyprawa do Torunia. Okazją do tego wyjazdu była uroczystość w dawnej Wyższej Szkole Wojsk Rakietowych i Artylerii (teraz to jest Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia), zjazd absolwentów, albo raczej podchorążych którzy dostali szlify oficerskie w 1973 roku.




Impreza super udana mimo paskudnej pogody. Z Marka plutonu przyjechało tylko trzech byłych podchorążych, ale miła niespodzianka, jeden mieszka w tym samym mieście co my.



Zabawa przednia, było mnóstwo przekomicznych momentów które chciałam opisać....ale musiałam te wrażenia zostawić na trochę, żeby się "odleżały". Chciałam wyważyć co było dla mnie najważniejsze: zabawa, organizacja, kiczowaty przepych w hotelu, czy może wspomnienia i emocje związane z Toruniem i z TĄ szkołą.
Jednak najważniejsze jest bicie serca, to w tym budynku, na tej sali, mieszkał MÓJ Marek przez te wszystkie lata kiedy pisał do mnie listy. Jak w takim paskudnym otoczeniu wyczarowywał te cudowne słowa, skąd czerpał natchnienie?


A to jest zdjęcie pod pomnikiem generała Bema, patrona szkoły, szkoda że wyszedł tylko cokół, to przez ten deszcz.


Oglądaliśmy dawną pocztę na terenie szkoły, jedyny kontakt ze światem jaki wtedy mieli podchorążowie i znowu zapachniało "tamtymi" listami.
Ja z biciem serca biegłam ze szkoły i sterczałam pod skrzynką, czekając na listonosza. To były te przedziwne czasy kiedy nie było internetu, nie było komórek, mało kto miał telefon stacjonarny, a jednak ludzie utrzymywali kontakt, sztuka epistolarna  kwitła, listy były pisane ręką kochanej osoby i tak jak w piosence Niemena, pachniało nimi w sieni.
To były również te cudowne czasy, kiedy miałam naście lat i byłam pierwszy raz zakochana. Kilka spotkań na wsi pod Krakowem, ja wkradająca się do ogrodu Marka rodziców na agrest, najlepszy na świecie, już nigdy potem takiego nie jadłam, słodko-kwaskowy, podłużny. No więc zajadałam się tym agrestem i jednocześnie prosiłam Boga żeby to właśnie Marek złapał mnie na kradzieży.
Potem były jakieś spacery po Warszawie, westchnienia w kawiarni "Telimena", no i ta przezabawna wizyta Marka, kiedy to na spacer z ukochanym musiałam iść w towarzystwie mamy.....katastrofa, obciach.
 I jeszcze permanentny brak kasy, nie można było kupić biletu i pojechać, mimo że serce się rwało. Kiedyś dostałam od Marka kamień, przechowałam go, tak się złożyło że przez te wszystkie lata, kiedy ja byłam na emigracji, kamień leżał w warszawskim mieszkaniu i służył jako przyciskacz do kiszenia ogórków. A może ten kamień to symbol, teraz po wielu latach, wrócił do nas i służy do przyciskania ogórków które razem kisimy w naszym wspólnym gospodarstwie.

Za długa ta dygresja, wracam do Torunia. Była sentymentalna wycieczka szlakiem dawnych eskapad chłopaków, wspomnienia, knajpka gdzie zdawali egzamin w toalecie  (zdaje się że wygrali zakład), pierogi najlepsze jakie jadłam (80 gatunków), a wieczorem tańce.




Stoimy pod pomnikiem Kopernika, ....wstrzymał słońce, ruszył ziemię, ale na zdjęciu się nie zmieścił.


A to z kolegami Marka i  taniec wykonany o 4 rano, jak widać już na całkiem pustej sali.


W trakcie zwiedzania szkoły zorganizowano nam wykład z jakiejś artyleryjskiej czarnej magii, pokazywali jakieś slajdy, te rzeczy do strzelania miały takie romantyczne nazwy i takie piękne kolory, na dodatek w holu była wystawa i tam mieli noktowizory i wibratory (pytałam , ale nikt nie wiedział do czego  służy to drugie urządzenie)...nie ważne, co ważne to fakt, że MÓJ Marek dostał oooogromny medal za coś tam....... Musieliśmy wystąpić na środek, dobrze, że nam musztry nie zrobili, chociaż był tam taki jeden w dresie który miał niejasne zamiary, ale w rezultacie się przebrał i zaczął edukować, nawet dobrze mu to szło i całkiem ciekawie opowiadał, bardzo mi przykro że nic nie zapamiętałam.


Ta szkoła przywołała tyle wspomnień. Mam przed oczami "tamtego" Marka w tym ślicznym mundurze i te pierwsze i jedyne pocałunki, właśnie w Toruniu, właśnie w 1973 roku.
Na emigrację, chyba nieświadomie, zabrałam ze sobą zdjęcie Marka i podróżowało ze mną do Afryki, po Europie, a potem do USA. To zdjęcie cały czas leżało, właściwie było sklejone z moimi z tamtych lat.





Byłam wtedy rozegzaltowaną, zakochaną dziewczynką, recytowałam Pawlikowską-Jasnorzewską np. to:
                                       
          "Gdy się miało szczęście, które się nie trafia
                     czyjeś ciało i ziemię całą
                      a zostanie tylko fotografia
                      to - to jest bardzo mało".

Nie wiem czemu ten wiersz mnie prześladował, przecież ja tylko miałam listy, marzenia, no i te pocałunki w Toruniu.  Bardziej by pasował wiersz Asnyka:

Między nami nic nie było!
Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych,
Nic nas z sobą nie łączyło
Prócz wiosennych marzeń zdradnych;

Prócz tych woni, barw i blasków
Unoszących się w przestrzeni,
Prócz szumiących śpiewem lasków
I tej świeżej łąk zieleni;

Prócz tych kaskad i potoków
Zraszających każdy parów,
Prócz girlandy tęcz, obłoków,
Prócz natury słodkich czarów;

Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów,
Z których serce zachwyt piło,
Prócz pierwiosnków i powojów
Między nami nic nie było!

Okazuje się, że można pocałunek zapamiętać na całe życie. To były trzy dni, wykradzione, przekłamane, takie ważne, najważniejsze!!!  Pod pretekstem wesela w rodzinie udało mi się zwolnić z obozu w Kruszwicy, nie mam pojęcia jak ja tego dokonałam, ale widać dla zakochanej nastolatki nie ma rzeczy niemożliwych. Uśpiłam czujność opiekunów (byłam nieletnia), nawet załatwiłam sobie "lewego" dziadka, który przyjechał wozem razem z jakimiś na poczekaniu zaadoptowanymi dzieciakami. Wszyscy razem zwalniali mnie na wesele, dziadek i tak nie wiedział o co chodzi, bo był głuchy jak pień, a dzieciaki dostały torbę cukierków.
No i wtedy był Toruń z Markiem i wtedy po raz pierwszy się całowałam.

                                         "Obłóczona światu i jawie
                                          Ziemskim okryta całunem
                                          Leżała  kiedyś
                                          Krzyżem na trawie
                                          Rozpamiętując pocałunek."

 Byłam taka szczęśliwa, Marek przestał mnie traktować jak dziecko, czy jak koleżankę swojej młodszej siostry. Nasza znajomość zaczęła nabierać rumieńców. Po tych trzech dniach z  Markiem............... LEWITOWAŁAM i to dość wysoko.
Upadek był bardzo bolesny.
Najłatwiej by było powiedzieć, że los był złośliwy, ale to nie los, to ludzie, a konkretnie jedna osoba nas rozdzieliła. Pamiętam, że była to czarna dziura, zawaliłam rok w szkole, płakałam całymi miesiącami, ale się zaparłam i nie odezwałam więcej do Marka.

                                    " Ktoś dostał list, komuś serce bije
                                      Idzie czytać pod kwitnące jabłonie.
                                      Czyta. Chwyta się ręką za szyję
                                      i dno traci i w powietrzu tonie".

Potem był ten fatalny listopad 1973 roku, kiedy jeszcze musiałam sprawdzić, musiałam się upewnić, czy rzeczywiście, czy naprawdę...... było tak jak u Pawlikowskiej:

Jest listopad czarny, trochę złoty,
mokre lustro trzyma w ręku ziemia.
W oknie domu płacze żal tęsknoty:
Nie ma listów! Listonosza nie ma!

Już nie przyjdzie ni we dnie, ni w nocy,
złote płatki zawiały mu oczy,
wiatr mu torbę otworzył przemocą,
list za listem po drodze się toczy!

Listonosza zasypały liście,
serc i trąbek złocista ulewa!
ach i przepadł w zamęcie i świście
list, liść biały z kochanego drzewa!..


Przebolałam, jakoś się pogodziłam, wyjechałam daleko, ułożyłam sobie życie, chciałam mieć rodzinę i gromadkę dzieci. Poświęciłam się bez reszty budowaniu domu, pracy, dziecku, ogródkowi, psom, pracy społecznej, harcerstwu itd.... ale coś ciągle szwankowało. Jedynym szczęściem była dla mnie córka. ją kochałam i tylko ona dawała mi uczucie........ciężko jest żyć bez miłości.

Życie czasami pisze nieprawdopodobne scenariusze, daje nam kasę, możliwość podróżowania po świecie, biznesy, ciuchy, satysfakcję, przyjęcia, imprezy i mnóstwo ludzi dookoła. To wesołe i wygodne życie bywa czasami puste emocjonalnie i bardzo samotne, nikt nie słucha, nikt nie rozumie, nie przytula, nie trzyma za rękę. Na oko niby dobrze, ale wewnątrz czarna otchłań i wyć się chce, nie ma z kim posiedzieć przy kominku, nie ma z kim iść na spacer, jest się niedocenionym, bezustannie krytykowanym....

Właśnie w takim momencie zdarza się, że strzela w nas piorun pod Kolumną Zygmunta. Potem skądś się biorą motyle w brzuchu. Los się do nas uśmiecha, daje nam drugą szansę, otwiera drzwi do szczęścia. Trzeba to szczęście zaakceptować, nie ważne ile szkatułek z biżuterią, mieszkań, samochodów..... zostało w dawnym życiu, ważne że obok jest  kochany człowiek. Ważna jest ta miła, ciepła atmosfera w domu, ważny jest spokój, już nie trzeba się bać humorów i pretensji, można razem czytać, razem słuchać muzyki i jest komu trzymać za rękę i jest się do kogo przytulić.
A Marek, no cóż wystarczyło spojrzeć mu w oczy żeby zobaczyć tą bezdenną otchłań nieszczęścia, nie docenienia, braku uczuć, rezygnacji z marzeń. Zresztą nie mogło być inaczej, bo budowla jego życia nie stanęła na mocnych i uczciwych fundamentach zrobionych z monolitu  i zlepionych uczuciem, te fundamenty były przekłamane, zbudowane z kłamstwa i łez, więc musiały się kruszyć.
Wtedy w 1973 roku byłam młoda i głupia, nie wiedziałam że szczęście to deficytowy artykuł i trzeba o nie walczyć, teraz wiem, doceniam, potrafię się cieszyć tym co mam i nie pozwolę sobie tego odebrać.