niedziela, 3 listopada 2013

Stary Satyr.....

Po powrocie do Polski zdarzyło mi się mnóstwo nietypowych, przedziwnych sytuacji. Większość z nich z pewnością sama, nieświadomie, wykreowałam, ale reprezentują one skrajnie różne zachowanie i nawyki. Było to starcie polskiego malkontenctwa, krytykanctwa i kłótliwości z zaadoptowanym przez mnie w Stanach lekkim, życzliwym podejściem do życia.

To była jedna z pierwszych, samodzielnych, wypraw samochodem z manualną skrzynią biegów. Mimo, że przejechałam w Stanach setki mil, po powrocie do Polski, na tutejszych drogach i w innym samochodzie, czułam się jak kierowca który dopiero co dostał prawo jazdy. Dziwne uczucie, nadal nie czuję się komfortowo na polskich drogach, ale skoro tu mieszkam , to jeździć muszę. Czyli emocje związane z innymi drogami, innymi zwyczajami, przepisami, no i koncentracja żeby pamiętać o sprzęgle.
Zaparkowałam na parkingu sklepu, dumna że mi dobrze poszło i zaczęłam szukać wózka. No i to co powinno być proste, okazało się trudne. Wózki były zaplątane jakimiś łańcuchami (w Stanach czegoś takiego nie widziałam) i nie wiedziałam jak uwolnić jeden z nich. Domyśliłam się, że trzeba wrzucić pieniążek, ale jakoś mi to nie wychodziło. Stałam z pieniążkiem w ręce i postanowiłam poprosić o pomoc Starszego Pana:
Ja - Przepraszam najmocniej, czy mógłby mi Pan powiedzieć gdzie to trzeba wsadzić?
(miałam na myśli pieniążek, który trzymałam w ręku).
Starszy Pan - popatrzył jakby nie rozumiał co mówię
Ja (postanowiłam doprecyzować)- czy to się wsadza z przodu, czy z tyłu? (nadal stoję z monetą w dłoni).
Starszy Pan- nabrał powietrza i zaczęła się tyrada: "Tak ! co innego to wiedzą gdzie sobie wsadzać i lubią sobie wsadzać i wsadzają sobie, a jak trzeba zrobić zakupy dla rodziny , to już jedna z drugą nie wie jak to zrobić, a inne rzeczy to sobie wsadzają"  itd....i coraz bardziej sprośnie.
Starszy, sympatycznie wyglądający Pan, przeistoczył się w Starego Satyra i dostał słowotoku. A ja nie mogłam się nie śmiać.



Dla kontrastu, w gazowni, podczas rozbijania na raty ogromnego rachunku, zostałam zaskoczona w inny sposób. Po wyczekaniu się w przeogromnej kolejce podeszłam do okienka, uśmiechnęłam się do Pani za biurkiem i zaczęłam z nią normalną rozmowę. Po chwili okazało się, że powinnam podejść do innego okienka. Jak inne, to inne, nie ma sprawy, zbieram dokumenty i już prawie wstaję z krzesełka, a tu nagle Pani chwyta mnie za rękę i cichutko prosi : " Niech Pani tu troszkę posiedzi i poudaje, że coś załatwiamy. Pani jest pierwszą klientką która się nie wyżywa na mnie, nie złości, już mi się płakać chciało. Ja też mam swoje problemy, a ludzie są tacy nieuprzejmi, nikt się nie uśmiechnie". Porozmawiałyśmy, kobiecie nerwy odpuściły i po paru minutach zmieniłam okienko.

Panuje powszechna opinia, że urzędnicy źle traktują petentów, że im robią łaskę, nie udzielają informacji, ale to nie do końca jest prawda. Ja spotkałam się na terenie Bielska z bardzo miłą obsługą w niejednym urzędzie, wszystkie Panie były kulturalne i starały się pomóc. Obserwowałam też petentów i odniosłam wrażenie, że nie zawsze wiedzą po co tam przyszli, czego oczekują od urzędnika, nie mają jasno sprecyzowanych pytań. Z reguły jest to chaotyczna gmatwanina myśli, skakanie z tematu na temat i pretensje na dzień dobry, że to się nie da załatwić, że skądś tam ją odesłali, że to nie w porządku....ale co do meritum sprawy, to urzędniczka powinna być jasnowidzem.
Owszem, często przepisy są do kitu, totalnie nieczytelne i wygląda to tak jakby ktoś celowo tak je sformułował, żeby ludziom utrudnić życie, ale po co dokładać do tego własne frustracje. Ludzie czekający w urzędach z reguły siedzą apatyczni i narasta w nich wewnętrzne niezadowolenie, albo pyszczą, narzekają do siebie nawzajem i przez to nakręcają się negatywnie. Odnoszę wrażenie, że mimo upływu lat i pozytywnych zmian dookoła, ludzie jakby na siłę tkwią w modelach z minionego systemu. Ja zawsze w torbie mam książkę, czekanie w urzędach się nie dłuży i złe emocje się nie imają, a PRL to inna bajka.